La La Land – jest się czym zachwycać?

Film La La Land zbiera wiele pozytywnych recenzji. Otrzymał nawet 14 nominacji do Oscarów. Jednak czy jest się czym aż tak zachwycać?

Miałam wielkie plany. To miał być wpis złożony z moich wrażeń po filmie La La Land, wszystkich zachwytów i zniechęceń, muzyki, tańca, za i przeciw. Wyszło jak zwykle. Rozsiadłam się w fotelu kinowym i już po paru chwilach żałowałam, że się wybrałam.

Zawsze staram się znaleźć pozytywy. Nie lubię tylko krytykować. Tym razem jest to zadanie bardzo trudne. Mimo wszystko jest kilka rzeczy, które oceniam na plus w filmie La La Land. Pierwszym z nich jest muzyka. Momentami, gdy wkraczała w klimaty jazzowe, bardzo przyjemnie się jej słuchało. Pojawiały się także sceny kręcone w klubach jazzowych. To był prawie inny świat, który chciałabym odwiedzić.

O czym jest La La Land?

Historia jest prosta i typowo Hollywoodzka: kobieta i facet wpadają na siebie i powoli się w sobie zakochują. Ona jest aktorką z wielką pasją, ale bez żadnej roli, on – pianistą zakochanym w jazzie, który marzy o otwarciu własnej kawiarni grającej taką muzykę. Film opowiada o ich dążeniu do spełnienia marzeń. W to wszystko wpleciona jest muzyka, bardziej lub mniej dopasowana do scen. I co ważne – muzyki jest dużo i jest zauważalna, gdyż twórcy postanowili opowiedzieć tę historię w stylu musicalowym.

Całość wyszła jak typowe hollywoodzkie love story. Nic odkrywczego. Prawdę powiedziawszy nie wiem za co ten film jest nominowany do Oscara. Akcja jest przewidywalna i nudna. Muzyka też bez rewelacji. Niektóre utwory są klimatyczne i warte uwagi, ale większość niestety brzmi dość komercyjnie i powtarzalnie. Łatwo wpada w ucho, ale szybko się nudzi i odejdzie w zapomnienie. Do tego pojawia się często całkowicie ‚od czapy’. Ktoś zaczyna śpiewać, a po chwili razem z nim śpiewa i tańczy cała ulica. Dlaczego? Wciąż tego nie rozumiem. Kiedyś bym pewnie powiedziała, że to cecha musicali. Jednak widziałam wiele tego typu produkcji, gdzie muzyka była integralną częścią historii, wpasowała się w akcję i nie powodowała wrażenia kompletnego oderwania od rzeczywistości. Zapewne w przyszłości pojawią się na blogu recenzje takich musicali.

W filmie główne role otrzymali Ryan Gosling (jako Sebastian Wilder, pianista jazzowy) oraz Emma Stone (jako Mia Dolan). Zagrali dobrze, można było uwierzyć w szczerość ich postaci. Szczególnie podobała mi się postać Sebastiana (nie dlatego, że Gosling go grał, nie uważam tego aktora za specjalnie przystojnego). Urzekł mnie pasją do muzyki. Potrafił opowiadać z taką namiętnością o jazzie, przyjemnie było tego słuchać. Podobnie postać Mii, która z ogromnym zapałem opowiadała o filmach i aktorstwie. Jednak to postaci Goslinga przyjemniej się słuchało.

Nie twierdzę jednak, że jest to film, na który nie warto się wybrać do kina. Oczywiście, jeśli ktoś jest fanem filmów z głębokim przekazem to La La Land go na pewno nie zachwyci. Jednak dla osoby poszukującej lekkiej produkcji, która odpręży po ciężkim dniu, opowiadającej typowe love story z chwytliwą muzyką to La La Land będzie wręcz idealny.